MIEJSCE PAMIĘCI I MUZEUM

AUSCHWITZ-BIRKENAU

BYŁY NIEMIECKI NAZISTOWSKI
OBÓZ KONCENTRACYJNY I ZAGŁADY

Aktualności

„Rodzinna pamięć” - dyskusja w 75. rocznicę ucieczki Witolda Pileckiego z Auschwitz

30-04-2018

„Rodzinna Pamięć” była tematem dyskusji panelowej, która odbyła się 28 kwietnia w Miejscu Pamięci Auschwitz w związku z 75. rocznicą ucieczki Witolda Pileckiego z niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz. Była ona poświęcona znaczeniu Pamięci o ofiarach obozu w polskich rodzinach.

 

Fot. Marek Lach
Fot. Marek Lach
Fot. Marek Lach
Fot. Marek Lach
Fot. Marek Lach
Fot. Marek Lach
Fot. Marek Lach
Fot. Marek Lach

Wzięli w niej udział krewni więźniów Auschwitz: ojca Maksymiliana Kolbe, Kazimierza Piechowskiego, Witolda Pileckiego, Mikołaja Siemiona, Kazimierza Smolenia, a także wnuki Antoniego i Katarzyny Piskorków, którzy w czasie wojny pomagali więźniom obozu.

– Wyjątkowo ważne jest pytanie – co z naszą pamięcią stanie się w przyszłości – czy będzie ona uciskać, jak zbyt ciasny but, czy też stanie się drogowskazem kierującym w stronę mądrych i ambitnych celów, szlakiem, którym pójdziemy sami i pokażemy go naszym dzieciom i wnukom? Więzy rodzinne umieściły naszych gości tak blisko świętych, bohaterów, dzielnych ludzi, polskich patriotów. Co znaczy pamięć o nich dla was i czym może być dla mnie? – powiedział podczas powitania Andrzej Kacorzyk, dyrektor Międzynarodowego Centrum Edukacji o Auschwitz i Holokauście, otwierając spotkanie.

Dyskusję moderował redaktor Marek Zając, sekretarz Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej i przewodniczący Rady Fundacji Auschwitz-Birkenau. Przewodnikiem po losach bohaterów spotkania były wybrane fragmenty raportu Witolda Pileckiego.

Zdaniem Marka Zająca, pamięć rodzinna ma ogromne znaczenie, bowiem z reguły jest pierwszą pamięcią o człowieku, a często – ze względu na różne dramatyczne okoliczności – nawet jedyną pamięcią o człowieku, która przekazywana jest z pokolenia na pokolenia.

– Rodzina jest podstawowym nośnikiem pamięci, również dlatego, że rodzina oznacza osobisty stosunek do człowieka, oznacza wniknięcie w jego życie, oznacza zrozumienie tego, kto był nam bliski przez tyle lat. Rodzina to także ogromna siła działająca nawet wbrew i mimo śmierci. Wielu z nas wspomina członków swoich rodzin nawet jeżeli nie było nam dane się spotkać - ale czujemy, że są nam bliscy. Jesteśmy ich życiem zainteresowani. Wiemy, że z nich wyszliśmy i nie byłoby nas na tym świecie i pewnie byli byśmy inni, gdyby nie ci ludzie – podkreślił Marek Zając.

Poniżej publikujemy fragmenty wypowiedzi gości.

Krzysztof Kosior – prawnuk rotmistrza Witolda Pileckiego, współtwórcy konspiracji w KL Auschwitz, który uciekł z obozu w nocy z 22 na 23 kwietnia 1943 r.

Witold Pilecki jawił mi się jako ciepło wspominany mąż i ojciec - trochę szalony, który wielkimi naręczami bzów rzucał w okno, kiedy chodził w konkury do mojej prababci, a zarazem ojciec, który miał bardzo mały czasu, aby przekazać cokolwiek swoim dzieciom. Były jeszcze bardzo małe, kiedy wybuchła wojna – potem konspiracja, pobyt w obozie i znów konspiracja. To spowodowało, że te kontakty były bardzo krótkie.

Cieszymy się, że ta postać wypłynęła na szerokie wody i że ta pamięć istnieje. Jego życiorys skupia jak w soczewce losy Polski w XX wieku. Ta historia zaczyna być w tej chwili nawet trochę pop-kulturowa. Ja staram się zawsze podkreślać, że dla mnie ta postać symbolizuje te wszystkie postaci, o których albo nie wiemy nic, albo wiemy bardzo niewiele, bo Witold Pilecki nigdzie nie działał sam. On budował ruch oporu w Auschwitz, ale sam nie zdziałałby nic.

To, czego staram się unikać, to jest wplątywanie Witolda Pileckiego we współczesną politykę, bowiem to zbyt piękny życiorys. Pytania polityczne zawsze kwituję pytaniem: „proszę zapytać Witolda”. Życzyłbym sobie, żeby te wszystkie osoby, które dowiedziały się o nim czegokolwiek, starały się to jakoś zgłębić. To, że ktoś ma największą flagę albo koszulkę z Witoldem Pileckim wcale nie czyni z niego największego patrioty.

Joanna Woźniak – jej prababka była najstarszą siostrą matki św. Maksymiliana Kolbe, zakonnika, więźnia Auschwitz, który dobrowolnie poświęcił swoje życie za innego więźnia – Franciszka Gajowniczka – skazanego na śmierć głodową.

Posiadanie w rodzinie osoby świętej to oczywiście duma, ale też jakaś odpowiedzialność. Dla mnie Maksymilian z opowiadań mojej babci i prababci to był Mundek, bo tak na niego w domu mówiono. Pamiętam, ja babcia opowiadała, jakim był niesfornych chłopcem, skakał z szafy na łóżko, psocił jak każde inne dziecko. Wszyscy bardzo się cieszyli, że wyrósł z niego tak odpowiedzialny człowiek, który poszedł do zakonu.

Był osobowością troszkę wychodzącą poza standardy tamtych czasów, jego wynalazki, powstanie Niepokalanowa, przede wszystkim drukarnia i pojechanie do obcego kraju, którym była Japonia, bez znajomości języka. To wszystko się udało. Była to nieprzeciętna osobowość i mamy możliwość przekazywania tej wiedzy.

Daniel Piechowski – bratanek Kazimierza Piechowskiego, więźnia KL Auschwitz, który uciekł z obozu 20 czerwca 1942 r.

Dla mnie Kazimierz Piechowski – mój stryj – jest dla mnie cały czas postacią żywą, tym bardziej że półtora roku przez jego śmiercią zająłem się opieką nad nim i starałem zapewnić mu pięciogwiazdkową starość.

Kiedy mówimy tu o pamięci rodzinnej, to trzeba powiedzieć, że zanim zaczniemy mówić o pamięci związanej z jego ucieczką, najpierw musimy zdefiniować pojęcie nie-pamięci rodzinnej, bo ta rodzinna nie-pamięć nie wynikała z zapomnienia, ale wynikała z decyzji, która została podjęta przez Kazimierza Piechowskiego i została przez rodzinę zaakceptowana. Przez wiele lat tematu Auschwitz w domu się nie poruszało. Jako kilkuletni chłopiec wiedziałem tylko tyle, że wujek Kazik uciekł z Auschwitz i więcej się nie mówiło. Z początkiem lat 2000 nastąpiła z nim przemiana. Przyczyną według mnie był ten moment, kiedy on w ogóle mógł zmierzyć się z tą historią. Stryj wcześniej próbował po prostu – jak każdy człowiek – normalnie żyć. Wojna i komuniści zabrali mu najlepsze lata młodości. Jednak nastąpił taki moment, kiedy on zaczął radzić sobie ze swoją przeszłością, a pomogła mu misja, którą dla siebie znalazł – opowiadanie historii i bycie świadkiem historii.

Ja go pamiętam jako podróżnika, jako osobę, którego każdego traktowała z szacunkiem, z ogromną podmiotowością, osobę, która nigdy nikogo nie chciała zranić, bardzo uważającą na to, aby nie padło żadne przykre słowo. To postać nie-pomnikowa, niejako zupełnie niezwiązana z ucieczką z Auschwitz.

Monika Siemion-Dudek – wnuczka Mikołaja Siemiona, który został zamordowany w obozie Auschwitz 28 października 1942 r.

Dziadek Mikołaj miał siedmiu synów – dwóch zostało zabitych przez Niemców, a czterech najmłodszych trzymało się zawsze razem. Dziadek był bardzo silną osobowością – wywierał wpływ na swoich synów, uczniów, mieszkańców Krzczonowa. Kiedy jeszcze byli małymi chłopcami, zachęcał ich do tego, by starali się zdobyć jak najlepsze wykształcenie i żeby pisali książki. I wszyscy pisali książki od dzieciństwa. Każdy napisał i każdy starał się zrobić coś pożytecznego. Najbardziej znany jest Wojciech Siemion, bo Petrykozy stały się ośrodkiem życia kulturalnego i do dziś jest to miejsce, gdzie z powodu Wojciecha trwa życie kulturalne skierowane przede wszystkim do młodzieży.

Wojciech Smoleń – syn Kazimierza Smolenia, byłego więźnia, późniejszego dyrektora Muzeum Auschwitz

Zacząłem pracę w Muzeum jako przewodnik dość wcześnie – w 1993 r. Miałem wtedy 22 lata. Większość obozowych historii mojego ojca poznałem już jako przewodnik i jego miałem okazję posłuchać, kiedy opowiadał o swojej przedwojennej, wojennej i powojennej jako przewodnik. W domu nie siadaliśmy i nie rozmawialiśmy w Auschwitz. Znam go osobiście jako syn, ale większość informacji o jego przejściach obozowych, i późniejszą historię, znam nie tyle od niego, ale od mamy i ludzi, którzy go znali. Kiedy zaczynałem tu pracę, praktycznie znałem wszystkich pracowników Muzeum. Pamięć rodzinna była tak naprawdę na co dzień, ale nie mam takich doświadczeń, żeby zbierać jakieś informacje o ojcu – ktoś inny wykonał już za mnie tą pracę. Pracuję tu już od 25 lat – to w pewnym sensie jest też podtrzymywanie rodzinnej pamięci. To nie jest jednak tak, że przedstawiam się odwiedzającym, że jestem synem byłego więźnia. Jeżeli w rozmowie wychodzi z grupą jakaś kwestia, którą historia ojca może naświetlić, czy wyjaśnić, wtedy czasami o tym opowiadam. Nigdy nie jest to sednem oprowadzania. Historia każdego więźnia może uwypuklić jakiś aspekt istnienia obozu.

Andrzej i Antoni Piskorek – wnukowie Katarzyny i Anotniego Piskorków, którzy w czasie wojny pomagali więźniom Auschwitz

Pamiętam kilka nawyków, których nauczyła mnie moja babcia. W czasie wszystkich rodzinnych przyjęć wszystko było zorganizowane tak, że jedzenie nigdy się nie marnowało. Pamiętam, że kiedy spadła kromka chleba, to potrafiliśmy zeskrobać ten piasek i zjeść chleb do końca. Babcia uczyła nas szacunku do jedzenia. Kiedyś tego chleba rzeczywiście brakowało i jeden bochenek chleba mógł oznaczać życie – także życie dla tych osób, którym oni pomagali. To jest historia zwykłych ludzi. Oprócz babci i dziadka masa ludności pomagała więźniom i jest to imponująca historia. Nikt się nie zastanawiał - tak wypadało. Oni się tym w ogóle nie obnosili – to było dla nich normalne.

Po debacie goście złożyli znicze pod Ścianą Śmierci na dziedzińcu bloku 11 w byłym obozie Auschwitz I składając hołd wszystkim ofiarom niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz.

Cała dyskusja zostanie wkrótce umieszczona na naszej stronie internetowej.